W koncu po 5 latach jestem o krok od rozwiązania zagadki związanej z moim złym samopoczuciem.
Cała historia rozpoczęła się 5 lat temu, od zapalenia płuc, oczywiście prześwietlenie, wizyta u pulmonologa( nie wiem czy dobrze napisane) i leczeniem antybiotykami. Oczywiście pani doktor w szpitalu gruźliczym nic nie znalazła. Leczenie zakończyłam po miesiącu i było wszytsko ok na jakiś rok. Po roku powtórka z rozrywki, zdjęcie , pulmonolog i oczywiście znowu antybiotyk i dalej nic pani doktor nie widzi. Po kolejnym ok półtora roku powtórka i to samo. Ostatni raz listopad 2010.
A w tym roku tak mi juz zaczęło dokuczac ból w płucach, znowu ide do rodzinnego, znowu zdjęcie, a na zdjęciu dopiero przyszło mi do głowy żeby przeanalizowac poprzednie opisy, opis dokładnie taki sam od 5 lat. Zachodze do pani doktor rodzinnej, rece rozkłada i mówi ze ona w końcu chce wiedziec czy ja mam cos w tych płucach czy nie i niech pani idzie do innego specjalisty. Pytam czy mzoe mi pani kogoś polecić, oczywiście taki to a taki. Wczoraj zadzwoniłam, dzisiaj wizyta. Na pocztek od razu spirometria, waga( wow) i wzrost ( też wow, zdeptuje sie), a później miły pan doktor i przystojny do tego czeka z uśmiechem. Wypytał o wszytsko zbadał i ręce załamał jak mogłam przez 5 lat sie bujać( dosłownie tak powiedział) i ze mam cholerne szczęscie ze chodze jescze w takim zdrowiu. A ile nagadał sie na służbę zdrowia, pseudospecjalistów, finansowanie szpitali itp. Gdybym nie wiedziała ze to lekarz nie uwierzyłabym. Ale najwazniejsz e w końcu jakieś podejrzenie - zatorowość płucna. Jutro kolejne badania a w środe pan doktor kąłdzie mnie do szpitala, a co powiedział, nfz dobrze płaci za takich pacjentów to naciągniemy szpital. Zapomniałam dodać ze wizyta u pana doktora była refundowana przez NFZ.
I tak oto po 5 latach dzięki pewnie jakimś zbiegom okoliczności udało mi się trafić do jakiegoś konkretnego lekarza, który nie odesłał mnie z diagnoza zapalenie płuc. Jednym słowem papieroski czas rzucić i zacząć o siebie dbać.